Wyspy Kanaryjskie i Madera w dniach 06 – 21.03.2018.

Rejs załatwił Rysiek Ryczko, wielkie dzięki dla niego. Zadzwonił do Adama i innych z propozycją nie do odrzucenia – trzeba przeprowadzić jacht z Wysp Kanaryjskich (konkretnie z portu południowego na Teneryfie) do portu położonego na wodach terytorialnych innego kraju. W grę wchodziła albo Madera albo Afryka. Za jacht nie płacimy. Czy nie super!

Załoga skompletowana: Rysiek (skiper, kapitan), jego żona Danusia, Wojtek (kapitan, znajomy Ryśka z Międzychoda), Beata, ja i Adam oraz nasi przyjaciele, Grażyna i Stefan, przy czym dla nich był to pierwszy w życiu rejs na żaglówce. Organizator rejsu, czyli Rysiek, załatwiał również sprawę transportu na Kanary i zrobił to genialnie: bezpośredni lot samolotem na Teneryfę (i z powrotem) był na tyle drogi, że w tej samej cenie udało mu się zarezerwować przelot z przesiadką w Barcelonie i 3 noclegi na super campingu „Estrellas 3” na obrzeżach Barcelony (nad samym morzem). Dzięki temu zwiedziliśmy również Barcelonę. Naprawdę warto, polecamy każdemu. Przepiękne miasto, mnóstwo atrakcji do zobaczenia. I świetnie rozwiązana komunikacja – autobusem z campingu do miasta, zaś po mieście metrem. Co prawda, pierwsze ruchy w metrze nie były dla nas najłatwiejsze (za dużo wejść, wyjść, korytarzy, automatów biletowych – jak kupić bilet, jaki, za ile, na który peron się udać), ale po opanowaniu początkowego oszołomienia, poruszanie się metrem okazało się szalenie proste i każdy z nas mógłby robić za przewodnika.

Na lotnisku Teneryfa North wylądowaliśmy 08.03. czwartek. Do portu macierzystego naszego jachtu mieliśmy trochę kilometrów, więc wynajęliśmy samochód. Do mariny San Miguel dojechaliśmy 2 kursami, po drodze robiąc zakupy. O 14-tej byliśmy zaokrętowani na jachcie „4 Oceans Dream”. Następnego dnia rano oddaliśmy samochód, ale ponieważ dość mocno się rozdmuchało, zostaliśmy w porcie i zwiedziliśmy miejscowość. Z mariny wypłynęliśmy 10-go o godz.11. Plan – dotrzeć na Maderę jak najkrótszą trasą i jak najszybciej, więc Teneryfę zamierzaliśmy opłynąć od strony zachodniej. Jednak wiatr nam nie sprzyjał, wiało mocno i prosto w mordę. Jachtem paskudnie rzucało a prawie nie poruszaliśmy się do przodu. Pierwsza na chorobę morską zachorowała Beata, zaraz potem Grażyna. Reszta okazała się jakoś odporna, mnie dopadało, gdy schodziłam pod pokład, ale na szczęście mijało, gdy byłam na zewnątrz lub leżałam. Po pewnym czasie kapitan zdecydował o zmianie kursu – płyniemy z wiatrem i opływamy Teneryfę od wschodu. Przez kilka godzin płynęło się pięknie, prędkość jachtu dochodziła do 7-8 kn. Jednak o 19-tej wiatr całkiem zdechł a odpalenie silnika się nie powiodło. To był mocno stresujący moment. Byliśmy dość daleko od brzegu Teneryfy, jednak prąd powoli lecz nieubłagalnie spychał nas na przybrzeżne liczne skały a my byliśmy całkiem bezradni – ani żagli ani silnika. Oczywiście w każdej chwili mogliśmy zgłosić zagrożenie i poprosić o pomoc, lecz zanim do tego doszło nasi panowie zdołali silnik uruchomić awaryjnie. Przyczyna awarii była jednak na tyle poważna, że trzeba było zawrócić do San Miguel. Tym sposobem zyskaliśmy kolejny dzień (tyle min. miała potrwać naprawa silnika) na zwiedzanie Teneryfy. Byliśmy między innymi w malowniczej wiosce Masca, oglądaliśmy wysokie na 600 m klify Los Gigantes, najwyższy szczyt Teneryfy Pico del Teide (wypożyczonym samochodem). Wieczorem okazało się, że silnik naprawiony i nazajutrz rano możemy wypływać na Maderę. Jednak już w okrojonej obsadzie, gdyż Grażyna ze Stefanem podjęli decyzję, że zostają na lądzie i będą zwiedzać wyspę, czekając na nas. Do Grażyny i Stefana nikt nie miał pretensji – jak na pierwszy w życiu rejs mieli trochę za dużo emocji. Oczywiście trzeba było przerobić grafik wacht – z 4 zrobiły się 3.

Pierwszego dnia żeglugi, ja osobiście bardzo żałowałam, że nie ma ich z nami, bo warunki były dokładnie odwrotne niż poprzednio. Wiatr przyjazny, słaby, bardzo ciepło, przepiękne widoki, między innymi wioska Masca i Los Gigantes, tym razem widziane nie z lądu lecz z wody. No i stada delfinów.

Moja pierwsza nocna wachta z Adamem, tzw psia od 24.00 do 04.00, niezapomniana. Po pierwsze zimno, ubiór zimowy – ciepła bielizna, czapka, kurtka, rękawiczki (dobrze że nas Rysiek wcześniej uprzedził – sama z siebie w życiu bym nie wzięła tych ubrań na wycieczkę na Kanary) no i „uprząż” zabezpieczająca przed wypadnięciem. Ale co najważniejsze i najpiękniejsze – miliony gwiazd na wyciągnięcie ręki, nieprawdopodobna cisza i stado delfinów, które przez prawie 2 godziny nam towarzyszyły. Opływały jacht dookoła i wyskakiwały z wody przy rufie dosłownie na odległość ręki. Potem już nigdy tak blisko nie podpływały.

Płynęliśmy 2 noce i 3 dni. Prawie całą ostatnią wachtę prowadził Adam. Na Maderę, do mariny Funchal weszliśmy o 01.30 i niestety zacumowaliśmy przy betonce. Niestety, bo pływy są tam 2 razy na dobę i ich wysokość wynosi ok. 1,7 m. Żeby się dostać na jacht i wyjść z jachtu trzeba być albo czujnym albo cierpliwym. Rano odprawa celna i portowa, zaś po śniadaniu poszliśmy zwiedzać miasteczko. Była piękna słoneczna pogoda, były urokliwe uliczki z fajnymi knajpkami. W jednej z nich zjedliśmy tanio bardzo smaczny obiad. Po uzupełnieniu zakupów wypłynęliśmy z Funchal z powrotem na Teneryfę ok. 20.30. Postawiliśmy żagle – baksztag, wiatr mocny, więc jazda bez trzymanki. Rekord chwili to 9,7 kn. Rano wiatr ciągle mocny, lecz zmienił kierunek, więc kapitan zdecydował, że jedziemy na wyspę La Palma. Do najbliższej mariny na La Palma dotarliśmy o 5.00 i cały dzień spędziliśmy w prześlicznym miasteczku De Santa Cruz. Podobnie jak w Funchal, tutaj też udało nam się znaleźć knajpkę z oryginalnymi, miejscowymi potrawami w fajnej cenie.

Wypłynęliśmy o 20.00. Wachty nocne przestały być czymś nietypowym. Do mariny San Miguel na Teneryfie dopłynęliśmy ok. 14-tej. Sprzątanie, pakowanie. Grażyna ze Stefanem powitali nas prawie zaraz po przyjeździe. A kolacja była super – wszyscy zadowoleni, dobre jedzenie, mnóstwo opowieści, wymiana wrażeń, gitara i śpiew.

Rano dojazd na lotnisko wynajętym samochodem załatwionym przez Grażynę i Stefana. Lot do Barcelony udany. Zakwaterowanie w „naszym” campingu, nocne zwiedzanie Barcelony – coś pięknego.

No i powrót do domu.

W całym rejsie przepłynęliśmy ok. 730 mil, w tym na żaglach 198 h, na silniku 53,5 h.

Cz.M.