U schyłku dnia 23 lutego, gdy słońce na czerwono zachód zdobiło a wieczorne mgły opasywały okoliczne bezdroża, do rozświetlonej przystani w Agrolandzie przybyło nietuzinkowe towarzystwo.

Prosto z Karaibów zgraja piratów zajazd najechała (w pobliskim stawie Perłę cumując), wiodąc ze sobą księżniczkę Pocahontas oraz dumnie wyprężonego Admirała Francuskiej Floty (który notabene bardzo się z Jackiem S. spoufalił – ale o tym cicho sza!).

Z północy, przez szarociężkie fale Bałtyku przykolebał się statek Kapitana Pończochy z Pippi Langstrump i Panem Nilssonem na pokładzie. Tata Pończocha przykolebał się też.

W swym blaszanym rumaku Don Diego de la Vega (ksywa Zorro) przygalopował. Droga niechybnie przez Dolinę Śmierci wiodła gdyż pod pachą Diablicę przytaszczył (za to porwanie siły piekielne rączkę na czarno mu osmaliły, a zgrabne paluszki w szpony zamieniły).

Wreszcie z najdalszych głębin Oceanów, w towarzystwie nadobnej swej małżonki Prozerpiny, sam Wszechmocny Neptun wstąpił, w Trójząb i Wabik uzbrojony (co niektórzy mylnie zinterpretowali, inni zaś za Aniołów ich wzięli;).

W zacnej świcie wiele Bogiń i Boginek przybyło, między nimi chyłkiem jakiś łysy facet w okularach – ani chybi zakamuflowany Szpieg z Krainy Deszczowców.

Najpierw się rozsiedli, potem pojedli, gardła przepłukali i całe Towarzystwo poloneza zakręciło. A potem to i w parach i w podgrupach i wężykiem. W przerwach śpiewy chóralne grzmiały, konkurs też był ogłoszony na najlepszy wpis ścienno-pamiątkowy. Zwyciężył znak słowno-graficzny jako praca zespołowo-zbiorowa. Drugie miejsce bezapelacyjnie zajął Don Diego okrzykiem „Szczęść Boże Młodej Parze!” (radość jego przeogromna była z zajęcia tak wysokiej pozycji). Więcej zgłoszeń nie było.

Zabawa dłuuuugo jeszcze trwała, aż gardła od śpiewu zachrypły.

I ja tam byłem, miód i colę piłem…