Rejs po Kanarach 01.04– 08.04 2017r. Naszą podróż na Wyspy Kanaryjskie rozpoczęliśmy 01 kwietnia 2017 o 4 rano. Bez problemu dotarliśmy na lotnisko w Berlinie, przeszliśmy odprawy i nic nie wskazywało na jakieś niespodzianki, niestety strefa wolnocłowa tak zainteresowała naszych dwóch kolegów, że nieomal nie zaczęliśmy wyprawę od spóźnienia się na samolot (w tym momencie pomimo Prima Aprilis-u wcale nie było nam do śmiechu). Na pokład dotarliśmy w ostatniej chwili, ale udało się. Lot minął przyjemnie. Dla niektórych był to pierwszy lot w życiu, więc zauroczeni oglądali świat z góry. Dodatkowo dostarczył on też nieprzewidywane atrakcje, bo zakończył się awaryjnym lądowaniem na wyspie Gran Canaria.  Dwie próby lądowania na Teneryfie nie powiodły się z powodu zbyt silnych wiatrów, które dla nas były zapowiedzią lepszej przygody z żaglami na Atlantyku. W końcu udało się dotrzeć i  wylądować na docelowym lotnisku, szkoda tylko, że z 3 godzinnym opóźnieniem. Z tego powodu musieliśmy zwiedzanie wyspy przełożyć na następny dzień, a  z portu w Radazul wypłynąć dopiero w niedzielę w godzinach wieczornych.

Już pierwszej nocy 2/3 dzielnej załogi jachtu Oceanis 47 ALBORAN XIX SABOR  dopadła choroba morska. Świat przestał dla nich istnieć, nawet pływające wkoło jachtu delfiny nie potrafiły ich wyrwać z koi. Niektórych choroba trzymała aż do czwartku. Dziwnym trafem dopiero wtedy okazało się, że dyżurny kuk pokładowy jest zdrowy i da się zjeść gotowane.

Wracając do rejsu, w poniedziałek dotarliśmy do wyspy La Gomera, do malowniczego miasteczka San Sebastian, w którym znajduje się dom Krzysztofa Kolumba.

Kolejnego dnia około południa, kontynuując rejs udaliśmy się w kierunku wyspy El Hierro, przepływając wcześniej wzdłuż skalnego klifu Los Gigantos na Teneryfie. Na tym odcinku żeglugi zapoznaliśmy się ze znaczeniem terminów „krycie przez wyspę” i „zjawisko dyszy”. W pierwszym przypadku, ku niezadowoleniu zdrowych żeglarzy i uciesze chorych kuków, płynęliśmy z powodu braku wiatru na katarynie statecznie i bez kołysania rozwijając zawrotne 4 węzły. W drugim przypadku nastroje każdego załoganta poprawiły się radykalnie, gdyż regularny baksztag wiejący z dyszy między wyspami z prędkością ponad 30 węzłów pozwolił rozpędzić się nam do 11 knotów, co dało dużo radości również „ozdrowieńcom”.

Nad ranem dobiliśmy do portu La Restinga na El Hierro, w którym można przebywać maksymalnie 4 dni, a na ulicach do południa panuje klimat pt. MANIANA.  Jednakże w tym klimacie nie zabrakło zimnego piwa, wina z beczki, świeżych krewetek i różnego rodzaju ryb. Po tak wykwintnych atrakcjach kolejną noc spędziliśmy na oceanie dopływając do największego portu na Teneryfie – San Miguel. Główną atrakcją tej mariny była Yellow Submarine, na którą niestety nie dostaliśmy się z powodu braku wolnych miejsc. Aby nie nadwyrężać świeżo odzyskanej odporności żołądków niektórych załogantów Kapitan podjął decyzję o pozostaniu tej nocy w porcie.

Równo ze wschodem słońca załoga w pełnym składzie i gotowości wypłynęła na ostatni etap rejsu. Po kilku godzinach zatruwania środowiska spalinami dopłynęliśmy do macierzystego portu w Radazul, gdzie czekały na nas dwa zmrożone szampany – podarunek od Armatora. Pozostały do odlotu samolotu czas spędziliśmy jeżdżąc autami i zwiedzając północną część Teneryfy , a później na wieczorze kapitańskim.

Podróż do Polski minęła bez większych przygód. Wyprawa zakończyła się podziękowaniami dla Kapitana za niezapomniane wrażenia i wspaniałą przygodę. W rewanżu Kapitan wręczył każdemu z członków załogi opinię z rejsu. Żeglarskie konto stażowe zostało zwiększone o kolejne 32h przepłynięte na żaglach. AHOJ!

(A.A  i  J.A)